MATERIAŁY DODATKOWE

Szanujemy nasze środowisko – przykład Arktyki

Opis: Załącznik nr 2 - Fragment książki Cz. Centkiewicza pt. „Anaruk, chłopiec z Grenlandii”.

Autor/Autorka (autorzy/autorki): Katarzyna Chojecka, Aleksandra Jagua, Łukasz Jurgielewicz, Bogumiła Woźniak, Katarzyna Zielonka, uzup. Karolina Kryściak



Załącznik nr 2 - Fragment książki Cz. Centkiewicza pt. „Anaruk, chłopiec z Grenlandii”.

Zdobycie pożywienia to sprawa życia i śmierci dla mieszkańców Grenlandii. Polowanie na zwierzęta morskie, tak jak to robią Eskimosi w dalekich zakątkach Grenlandii, nie jest rzeczą łatwą ani bezpieczną. Latem wypływają na morze w kajakach. Nic a nic niepodobnych do naszych. Szkielet buduje się przeważnie z żeber zwierzęcych powiązanych rzemieniami; obciąga się go skórami, pozszywanymi jak można najszczelniej. Otwór, w którym siedzi myśliwy, jest bardzo ściśle dopa sowany do jego wymiarów. Jeśli łódka przedziurawi się w czasie polo wania, myśliwy nie może wydostać się z niej i tonie. (...)
W lecie dzieci zbierają i suszą trawy, mchy i nawóz ptaków czy re nów. W zimie wytapiają lód na wodę do picia i czasem, bardzo rzadko, podgotowują trochę mięsa nad płomieniem lampy. Lampą nazywają wydrążony kamień, w który myśliwi nalewają tłuszczu foki, morsa lub wieloryba i zanurzają w nim knot zrobiony z wysuszonej trawy. Lampa daje trochę światła, trochę ciepła i bardzo, bardzo dużo sadzy. Ale tym się nikt nie przejmuje. (...)
Zima jest tutaj tym przykrzejsza, że przez całe cztery miesiące bez przerwy trwa ciemność. Słońce nie ukazuje się wcale. Dopiero w marcu pojawia się co dzień na chwilę tuż nad horyzontem. Wtedy we wszyst kich ludzkich osiedlach na Dalekiej Północy panuje radość. Mróz, burze śnieżne, męczące wichry - wszystko idzie w zapomnienie. Wraz ze słońcem nadchodzi czas letnich łowów. W maju rozpoczyna się dzień polarny i trwa bez przerwy przez pięć miesięcy. Słońce wtedy wcale nie zachodzi. (...)
Eskimosi polują, jak tylko nadarzy się im sposobność. Nie dla przyjemności czy dla zabawy, a z potrzeby. Nigdy nie wiadomo, kiedy przyjść
może głód. Tugto ze zgrozą wspominał niedawną zimę.
- Zjedliśmy wtedy wiele naszych psów, a sam rozumiesz, jaka to straszna ostateczność zabić wiernego przyjaciela, którego wychowywa ło się od małego szczeniaka. Zjadaliśmy skórę naszych namiotów, wyszukiwaliśmy pod śniegiem ogryzione dawno kości, żeby jeszcze raz wyssać z nich każdą kropelkę szpiku. Gotowaliśmy rzemienie, uprzęże, ubrania. Ale to wszystko nie pomagało. Wielu myśliwych nie przeżyło tej zimy. Głodni, wyjeżdżaliśmy daleko od naszej osady w poszukiwaniu zwierzyny.
Głodne psy, chude jak szkielety, ledwo ciągnęły sanie. Byliśmy słabi, potykaliśmy się co krok. Gdy raz wreszcie zobaczyłem fokę, osła biona
ręka i zamglone oko zawiodły mnie - zwierzę znikło pod lodem. Staliśmy na mrozie długie godziny, czekając, aż ukaże się znowu. Czekaliśmy na próżno. Długo, bardzo długo krążyliśmy po całym wybrze żu. Nigdzie ani śladu zwierzyny.
Powrót był bardzo smutny. Psy nie miały siły ciągnąć pustych sań, a jeśli widziały, że jeden z ich towarzyszy nieruchomiał na lodzie, rzucały
się i rozszarpywały go w kawałki.
Gdy powracałem do domu z pustymi rękami, panowała w nim cisza. Osłabione głodem dzieci leżały bez ruchu, nawet Anaruk nie przybiegał, jak zwykle, pomagać mi zdjąć uprząż z psów. Nie skarżył się, nie płakał, ale jego oczy były tak smutne, że uciekałem z igloo i znów daremnie błąkałem się po krach w poszukiwaniu mięsa.

ŹRÓDŁO:
Cz. Centkiewicz, Anaruk, chłopiec z Grenlandii, Warszawa 2007.